sobota, 1 lipca 2017

#15 Throwback wedding day - część 1


Wiecie, że to już ponad rok, odkąd powiedzieliśmy sobie „tak”? Oooch, jak tęsknimy do tego dnia, do tej zabawy iii… do tych przygotowań. Tak! Przygotowania do ślubu wspominamy chyba najlepiej (zaraz po weselnej zabawie), bo… były najcięższym etapem całego przedsięwzięcia pod nazwą „ślub i wesele”. Zerknijcie na kilka ujęć prosto z naszej ceremonii i inspiracje, jakimi się kierowaliśmy.



Suknia 




Dlaczego zaczynam od sukni? Bo suknia to chyba najważniejsza kwestia dla każdej Panny Młodej. Od zawsze wyobrażałam sobie siebie w rybce i koronkach, stroniłam od czystej bieli i gardziłam księżniczkowatymi krojami (na sobie oczywiście, bo na kimś mi się nawet podobają). Poszukiwania na szczęście zakończyły się pożądanym przeze mnie finiszem, ale nie byłabym sobą, gdybym nie przymierzyła śnieżnobiałej puszystej księżniczki. Wyglądałam jak to moja mama określiła „dziecko komunijne”, zatem zgodnym chórem stwierdziłyśmy, że trzeba się trzymać tego, co sobie sama obmyśliłam. Chciałam czegoś ponadczasowego, takiego, że jak spojrzę za 20, 30 czy 50 lat na swoje zdjęcia ślubne, nie będę się wstydziła swojego wyglądu, a wnuki nie parskną śmiechem a widok babci w dniu jej ceremonii. Ciekawe tylko, czy moje życzenia się ziszczą 😀 Miało być dużo francuskiej koronki, mało świecidełek, półprzezroczyste plecy i guziczki ciągnące się aż do kości ogonowej. Do tego zabudowany przód, lekki tren i króciutki rękawek. I uwierzcie mi - ciężko wybrać spośród ogromu prześlicznych modeli, jakie proponują salony. Ale suknie z popularnych sklepów miały zasadniczy minus: były sprowadzane z zagranicy, kosztowały krocie i przyjeżdżały w zamówionym rozmiarze, a na miejscu dopiero były dopasowywane. Nie można więc było zażyczyć sobie wypełnienia tej przestrzeni koronką, tamtej siateczką, a tam skrócenia trenu. I gdyby nie polski salon, w którym szyje się suknie według widzimisię przyszłej Panny Młodej, gdzie mogłam to i owo zmodyfikować, pozostawałaby chyba tylko krawcowa. I tak zapłaciłam krocie. Ale przynajmniej dałam zarobić Rodakom 😄



Inspiracje:

Kwiaty


Akcenty florystyczne stanowią niemałą zagwozdkę dla przyszłej Panny Młodej. No bo przecież przyszły Pan Młody nie ma bynajmniej w głowie ozdób i pierdółek, a alkohol, samochód, muzykę i według niego poważnej rangi sprawy. Efekt w końcu jest taki, że kiedy przyszła Panna Młoda nie wie, w co ma ręce wsadzić i wariuje z ogromu spraw do załatwienia, przyszły Pan Młody spokojnie popija piwko, załatwiwszy całość jego kwestii w dwa dni. Wracając do kwiatów, jako miłośniczka prostoty i bukietów wyglądających raczej jak chaszcze zerwane z pola niż kunsztownie ułożone w majestatyczne kule kwiatowe, poszłam do florystki z wydrukowanymi na kartce propozycjami. Ma być biało-zielono. Ma być piwonia i eukaliptus, reszta jest mi obojętna, byle by tylko było sezonowo (czyt. tanio) i dychromatycznie. Efekt przeszedł moje oczekiwania. Było pięknie. Bukiet, kwiaty do butonierek, korsarze dla druhen, ozdoba kwiatowa do włosów, wianek do sesji zdjęciowej - wszystko było idealne.




Inspiracje:




Jest jeszcze sala weselna. I tu postawiłam na prostotę. Miało znów być skromnie i biało-zielono: pojedyncze piwonie i hortensje w słoikach na drewnianych krążkach, a do tego świeczniki z gałązki brzozy. Firma florystyczna wszystko bezbłędnie (i obłędnie!) dopracowała w najmniejszych szczegółach. Nigdy z nikim nie współpracowało się lepiej, nikt nie był tak pomocny, jak oni. Polecam z czystym sumieniem!





Inspiracje:

Makijaż, paznokcie i fryzura. 


Nigdy nie przykładałam wielkiej wagi ani do jednego, ani do drugiego, a tym bardziej do trzeciego. Makijaż był klasyczny, z mocniej zarysowanymi oczami, paznokcie krótkie i ombre, a fryzura taka, by utrzymała się na moich ciężkich, długich włosach. Chciałam upiętych włosów, żeby nie grzały mnie w tak upalny dzień. Miałam jednak „na wejście” trzymetrowy welon. Gładki, prosty kok by się nie utrzymał, zresztą dobrze, bo chciałam warkocz. I wiecie co? na 3 dni przed ślubem moja fryzjerka zrezygnowała! Powiedziała, że po prostu coś jej wyskoczyło i nie uczesze mnie do ślubu. Ani me, ani be, ani przepraszam, ani pocałuj mnie w cztery litery. Nic! Na szczęście udało się wybłagać inną, i choć miałam całe mnóstwo niepewności (brak fryzury próbnej), to efekt wyszedł ładny, praktyczny i przede wszystkim trwały.






Inspiracje:




Niedługo dalsza część weselnych wspominek i inspiracji. Będzie o chińskim welonie, opalach, garniturze i rustykalno-vintage’owych dodatkach. Sezon ślubny w pełni, dlatego  koniecznie dajcie znać, jak Wam idą przygotowania! 😊😊😊

11 komentarzy:

  1. Przepięknie wyglądałaś :D jestem zachwycona :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepiękna sukienka i fryzura ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że się podobało. Szczególnie, że tyle strachu najadłam się z fryzurą ;-)

      Usuń
  3. Jak ja się cieszę, że mam to za sobą

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, coś w tym jest ;-) Faktycznie całe to przedsięwzięcie nie należy do najłatwiejszych i może nieźle wykończyć;-)

      Usuń
  4. Cudowne suknie <3
    agnesssja.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję <3 Jest tyle ładnych sukni, że naprawdę ciężko wybrać. Gdybym wtedy mogła, kupiłabym wszystkie, które mi się podobały i chodziłabym się co chwilę przebierać :D

      Usuń