sobota, 13 października 2018

#37 Wyprawka dla noworodka - oczekiwania vs. rzeczywistość, moje wybory + lista do pobrania - cz.1 - garderoba


Ciąża umownie trwa 9 miesięcy (eureka!). 9 miesięcy to prawie 40 tygodni, 40 tygodni to 273 dni, czyli 6 574 godzin, a dalej 394 461 minut. W ciągu tego czasu ma się 394 461 minut na rozmyślania o ewentualnych przyborach dziecięcych, no - powiedzmy - ukróćmy ten czas o jeden miesiąc, bo przecież sklepów nie wykupią, a coś tam warto mieć odrobinę prędzej. Kiedy jednak po moich szpitalnych doświadczeniach (opisywałam je tutaj) okazało się, że wszystko wskazuje na to, że syn ma zamiar powitać nas prędzej, w popłochu zaczęłam rozglądać się za wyprawką, a jak to ja - panna roztropna - dogłębnie rozeznawać temat.

A że dziecko miało być zimowe (planowo styczniowe, prawdopodobnie grudniowe), to i część garderoby należało podporządkować tej porze roku. Ciuszki - to tę część wszystkie przyszłe mamy kochają chyba najbardziej. Kwestia pierwsza - zasadnicza: jaki rozmiar? Co? Body? Śpiochy? Kaftaniki i półśpiochy? Ile bodziaków? Ile czapeczek? Czy w ogóle? Której z koleżanek czy znajomych nie zapytałam, to odpowiedzi były różne. Tak różne, że miałam tylko mętlik w głowie. Jako rasowa plannerka nie chciałam mieć za mało, ale druga część mnie - ta skąpa - nie chciałam przedobrzyć z ilością, wydając niepotrzebnych pieniędzy. Przecież rodzina i znajomi na pewno coś kupią, i nie będzie to bynajmniej  potrzebny obcinacz do paznokci czy niezbędna frida do noska, a ciuszek. Długo trwały moje rozmyślania - wymagały przecież przejrzenia całej masy stron i forów internetowych - ostatecznie jednak zamknęły się w następującej ilości: 

  • Body z krótkim rękawem - 4
  • Body z długim rękawem - 4
  • Pajace/piżamki do spania - 3 
  • Sweterki - 1 cienki, 1 gruby 
  • Półśpiochy - 2 pary 
  • Spodnie - 3 pary 
  • Skarpetki - 3 pary 
  • Czapeczki - 2
  • Czapka zimowa - 1
  • Kombinezon z grubszej bawełny - na wyjścia

Kupiłam także parę przesłodkich bucików nie po to, żeby mój noworodek w nich „chodził”, a dlatego, że nie mogłam się powstrzymać przed ich kupnem. Nie kupiłam kaftaników (kilka dostałam, ale sama jakoś nie wiedziałam, jak ich używać: solo? Na śpiochy? Do środka? I szczerze nawet u nas się nie sprawdziły, bo syn na co dzień „chodził” w bodziaku i spodniach, ewentualnie półśpiochach, a spał w pajacu, otulony w rożek. Nie było możliwości, by było mu zimno (mimo styczniowej aury), zresztą co chwilę sprawdzało się mu kark (broń Boże nie rączki i nóżki!!!), czy jest mu komfortowo. Czapeczek w domu używaliśmy tylko po kąpieli i dotyczyło to w zasadzie jedynie pierwszego okresu, który nazwałabym „totalną amatorszczyzną”, tj. kiedy świeżo upieczeni rodzice nie wiedzą o co kaman z tym małym człowieczkiem. Po miesiącu zrezygnowaliśmy z nakładania czapeczki. Acha, czapeczka była ściągana z główki noworodka przy okazji pierwszego karmienia po kąpieli, bo wtedy na czuja wydawało mi się, że główkę ma już suchą. Cały czas wychodziłam z założenia, że noworodek, choć jak sama nazwa wskazuje, dopiero się urodził, to jest przecież człowiekiem takim jak my, tylko mniejszym, a ja na jego miejscu w czapeczce spać bym nie potrafiła. 



Przy okazji kilka słów o temperaturze w mieszkaniu: zima, jak to zima: grzać trzeba. I choć z natury jestem raczej istotą ciepłolubną, to optymalna dla mnie temperatura zimą oscyluje w granicy 21-21,6°C, a w sypialni 19-20°C. Taką też temperaturę utrzymywaliśmy dla naszego noworodka, okrywając go ściślej rożkiem, lub kiedy wydawało mi się, że może mu być zimno - dodatkowo otulaczem. (Ma się rozumieć, że kiedy był już większy i nieco bardziej ruchliwy w okolicy 3 miesiąca życia, rożek przestał być przydatny na rzecz kołderki-kocyka). Nie było pod tym względem dyskusji, choć co poniektórzy świeżo upieczeni dziadkowie czy krewni komentowali: „nie macie tu za zimno?” - „przecież on ma zimne rączki i zimne nóżki!”. No szlag by cię trafił! Zawsze dpowiadałam: „nie wiem, nic nie mówił, żeby było mu zimno”. Na szczęście trafiła mi się świetna środowiskowa, która tylko nas utwierdziła w przekonaniu, że temperatura u nas jest wyśmienita dla noworodka i na pewno nie jest za zimno, a zimne kończyny to nic innego, jak niedojrzałość układu krwionośnego. 






Wracając do części garderoby, jak się spodziewałam, dostaliśmy całą furę ciuszków - i dobrze: nasze niewprawione ręce co rusz nie wyłapywały strumienia moczu, a po każdym ulaniu choć kropelki należało przecież noworodka przebrać (teraz berbeć chodzi troszkę mokry i śmierdzący, a w brudnego bodziaka zakrywa się portkami lub sweterkiem). Gdybym miała poradzić przyszłej matce-laiczce, która nie może liczyć na pomoc bliskich, kupiłabym może ze dwa bodziaki więcej. Aha, i kwestia zasadnicza: rozmiar. Zaczęłam od 56, choć miałam też rozmiary 62. Mniejsze by się nie przydały, a większe „wjechały” dopiero w okolicy 2 miesiąca życia dziecka. Choć mój maluch summa summarum urodził się w terminie, wyszłam z założenia, że w razie szybszego powitania go na świecie, mąż podjedzie do pobliskiego Tesco po świetne moim zdaniem gatunkowo ciuszki F&F w mniejszych rozmiarach. A wierzcie mi - jestem w kwestii ubrań bardzo wybredna. „Wybredna”, czyli zwracam uwagę na wygląd i krój, ale jeszcze bardziej na naturalność materiałów i dla noworodka nie wybrałabym niczego, co ma przylegać bezpośrednio do skóry, a ma w sobie choć trochę syntetycznych składników. Zaufałam głównie marce Newbie od Kappahl, ale zaprzyjaźniliśmy się także z Lindexem, Zarą i firmą Next, Gap czy George pod warunkiem dobrego składu materiału. Aha, i lidlowskie Lupilu wielbię miłością szczerą. Znaczną większość ubrań kupuję na OLX lub Vinted, ponieważ dziecięce ciuszki są nieraz nawet nieużywane, ale zawsze kilkakrotnie wyprane, czyli pozbawione rozmaitych sklepowych świństw, dzięki którym świeżo kupione ubranka są zawsze mięciutkie i miłe w dotyku i niewymagające prasowania. Na marginesie dodam, że co się zaś tyczy ubranek z second handów, są „konserwowane” różnymi środkami grzybobójczymi i zawsze piorę je 2-3 krotnie. 


Podstawowa garderoba omówiona, czas na inne akcesoria. O rożku pisałam już przy okazji  omawiania wyprawki szpitalnej. Wybrałam ten od Lullalove w miętowe paprotki dlatego, że nie ma ostrego zapięcia na rzep, a delikatny print mi się po prostu podobał. Klikając w wirtualnym koszyku „zapłać”, nie byłam do końca przekonana, czy chcę na niego wydać pieniądze, skoro tyle znajomych mam mówiło, że dla nich rożek to zupełnie niepotrzebna rzecz i od przyjazdu ze szpitala leży w szafie nieużywany. Ale - ku mojemu zaskoczeniu - różek przydał mi się nie tylko w szpitalu. Po przyjeździe do domu (i wypraniu go - ma się rozumieć - ze szpitalnych zarazków), owijaliśmy syna dość długo, bo do momentu, aż w 3 miesiącu zaczął popełniać realne próby odwracania się i krępowanie mu rąk stało się po prostu niebezpieczne. Zanim zaczął się wiercić, urósł na tyle, że nogi przestały się mieścić przykryte - wtedy dolny róg na nogi pozostawialiśmy luzem, lekko zawiązując kokardę w miejscu rączek dziecka, co chroniło jego sen przed rozbudzaniem przez odruch Moro. Zresztą na pewnym etapie rozwoju nóżki dziecka i tak powinny pozostawać niczym nieskrępowane, więc nieprzykrywanie ich było jak znalazł. Rożka można też używać jako matę do zabawy czy kołderkę, i tak też przez pewien czas robiliśmy. Reasumując, należę do grona tych mam, które zakup rożka serdecznie polecają, byle by nie był to rożek z usztywnieniem - noworodka trzeba czuć, a nie trzymać w ramionach jak jakąś twardą belkę. Zapomniałabym dodać jeszcze jednej istotnej kwestii, która popchała mnie do kupienia rożka (prócz wymogów szpitalnych) - w życiu nie trzymałam w rękach noworodka, ale oczami wyobraźni widziałam, że taki wątły i lichy noworodek opatulony w rożek po prostu jako tako „trzyma się kupy”, więc być może w takiej wersji dam radę go utrzymać? Ach, te śmieszne myśli przyszłej matki…


Jak już jesteśmy w temacie „okołołóżkowym”, zakupiłam jeszcze dwa kocyki: jeden cieńszy, bawełniany marki Bim.bla oraz cieplutki kocyk-kołderkę z wypełnieniem szyty na zamówienie z uroczym printem w lamy i kaktusy (o moim „zboczeniu” na ich tle przeczytacie więcej w poście o mobilu DIY). Zakupem bawełnianego kocyka rozpoczęła się moja miłość do Bim.bli - nie mogłam powstrzymać się przed kupnem otulaczy bambusowych w vintage’owe kwiatuszki, przy okazji zaopatrując się także w urokliwy wieszak, który zawisnął obok komody (więcej o kąciku dla malucha w osobnym wpisie).


Wracając na moment do otulaczy - takich w większym rozmiarze (100x100 lub 120x120) zakupiłam 4 sztuki - dwa we wspomniane kwiatuszki, jeden w liście (Camphora), a jeden w busy wyhaczyłam na Aliexpress (o kolejnym „zboczeniu” na tle VW Transporterów przeczytacie tu i tu). Zimą, kiedy urodził się syn, najczęściej pełniły rolę prześcieradła, następnie przeistoczyły się w ich podstawową funkcję - otulały malucha, krępując mu rączki wybudzające ze snu przez odruch Moro, a latem świetnie sprawdzały się jako cieniutkie kocyki, ręcznik, zasłona na szybę w samochodzie czy osłona wózka. Generalnie ile pomysłów, tyle zastosowań, choć więcej niż 2, maksymalnie 4 sztuki otulaczy w takim rozmiarze raczej by mi się osobiście nie przydało. 




Co do pieluch tetrowych, przez pierwszy miesiąc zużywaliśmy kosmiczne ich ilości, nie wspominając już o tym, że po 3 dniach pobytu noworodka w domu zupełnie nam ich zabrakło, a mieliśmy ich chyba z 30! Do dziś nie wiem, co z nimi robiliśmy, że pralka nie nadążała z praniem. Większość dostałam, a te, które kupiłam, są z lidlowskiego Lupilu. Na tzw. „wyjścia” zakupiłam komplet 2 sztuk pieluszek bambusowych z Poofi (73 x73 cm) i bardzo je sobie chwalę. Mają nie tylko świetne printy, ale są niezwykle przydatne, błyskawicznie schną i tak mi się podobają, że z pewnością dokupię jeszcze komplet. Pieluszki bambusowe mają taką właściwość, że wydają się być chłodniejsze, co akurat zimą jest rzeczą mało pożądaną, tym bardziej kiedy walczy się z nieodkładalnym niemowlęciem. Na pomoc przychodziły mi wtedy ciepłe i miękkie pieluszki flanelowe z Motherhood, które „przydarzyły” mi się w zestawie z podręcznym przewijakiem. Kupiłam najpierw jeden komplet, a po czasie dokupiłam drugi i uważam, że dobrze jest mieć taki  przewijak w torbie, bo nie zajmuje wiele miejsca, a przydaje się niemal na każdym wyjściu. Co do flanelek, patent na nieodkładalne dziecko chwilowo miałam taki, że zanim ułożyłam dziecko w zgięciu łokcia na karmienie, położyłam mu pod główkę pieluszkę. Po karmieniu odkładałam go razem z pieluszką, więc twarz nie stykała się z zimnym prześcieradłem i nie wybudzała go. Ten trik działał niestety tylko chwilę, przerwany skokiem, zębami czy inną niezidentyfikowaną przyczyną i walczymy z „nieodkładalnością” do dziś. 


Miało być o garderobie, a rozpisałam się o pieluchach - to znak, że czas zakończyć ten i tak długi już post. O reszcie akcesoriów powstaną inne posty, a moją listę z wyprawkowymi rzeczami można pobrać tutaj

*masło do ciała - mam tu na myśli kosmetyk DIY, o którym pisałam tutaj. Smaruję nim nie tylko siebie, ale przez wzgląd na jego tylko naturalne składniki, także noworodka. *Niania - na naszych 49m2 jest niepotrzebna, dlatego zrezygnowaliśmy z zakupu. *Pierwsze zabawki - u nas kontrastowy pluszak-termofor MR B od Lullalove oraz książeczki kontrastowe, grzechotka, pozytywka Jollein


3 komentarze:

  1. Tych list wyprawkowych krąży po Internecie tyle, że ciężko się w tym odnaleźć. Mam wrażenie, że na początku rodzice kupują znacznie więcej rzeczy, niż faktycznie jest takiemu maluchowi potrzebna. Ja poza wózkiem i meblami praktycznie całą wyprawkę dostałam od koleżanki, która ubranek nakupowała chyba dla całej dziecięcej wioski.

    Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. bardzo wyczerpujące informacje dzieki wielkie :)

    OdpowiedzUsuń