czwartek, 11 stycznia 2018

#30 Wyprawka do szpitala + lista do pobrania


Na tę podróż nie mam biletu i nie znam konkretnej daty. Mogę za to ze spokojnym sumieniem powiedzieć, że jestem na nią przygotowana, bo torba do szpitala już jakiś czas jest spakowana i stoi na baczność w pełnej gotowości. Czy jest w niej wszystko, czego potrzeba? Na pewno nie. A może jest czegoś w nadmiarze. Zwał jak zwał, mam to, czego wymaga się w szpitalu, w którym zakończymy odliczaną tygodniami, wyznaczaną miesiącami, tę jedyną i niepowtarzalną, wyczekiwaną podróż. 

Kierując się zasadą, by nie pakować rzeczy niepotrzebnych, a jedynie niezbędne minimum (przecież mąż może w 15 minut dostarczyć ewentualne brakujące rzeczy), stworzyłam listę rzeczy do szpitala, dzieląc je na te niezbędne mamie zarówno przed i po porodzie, jak i dziecku. Lista z okienkami do odhaczania jest do pobrania na końcu wpisu. Pamiętajcie, by uprzednio skontaktować się ze szpitalem, w którym będziecie rodzić - często wymogi nieco się różnią, a w mojej liście może okazać się konieczna korekta. 




Samą torbę, a właściwie walizkę na kółkach (z moich szpitalnych doświadczeń wiem, że taką lepiej się transportuje niż tradycyjną na ramię), podzieliłam na dwie części: na rzeczy, których spodziewam się użyć przy porodzie i rzeczy przydatne po porodzie. Do tych pierwszych zaliczam koszulę - ciemnogranatową, marki no-name, której absolutnie nie będzie mi szkoda zniszczyć i wyrzucić. Z opinii mam, które rodziły wiem, że może być zimno - spakowałam szlafrok i skarpetki (ale nie za gruby - na trakcie porodowym jest szalenie ciepło!). Nie może zabraknąć też ręcznika kąpielowego (koniecznie w ciemnym kolorze) i góry od stroju kąpielowego - tych użyję przy immersji wodnej, ponieważ szpital oferuje taką możliwość, a niekoniecznie chcę paradować topless (chyba że będzie mi wszystko obojętne). Za namową położnej spakowałam też mały ręczniczek do ocierania potu z twarzy i wodę termalną do odświeżania oraz własny olejek do masażu, który być może będzie wykonywała ona lub mąż. Ponieważ nic tak bardzo mnie nie rozprasza jak suche, spierzchnięte usta i wszędzie latające włosy, zadbałam o łatwy dostęp do pomadki i gumek do włosów. W planie porodu nie wyraziłam zgody na golenie krocza, bo nie uważam, bym - mimo brzucha zasłaniającego stopy - w tych miejscach wyglądała jak Saskłacz. Mimo to spakowałam maszynkę do golenia - w razie potrzeby położna użyje mojej, a ja będę miała pewność, że z nikim przede mną nie miała nic wspólnego. 





W mojej torbie znalazły się też rzeczy męża - ubrania na przebranie oraz zdrowe, ale sycące przekąski i woda. Jeśli będzie mi dane, również i ja skorzystam z tych ostatnich. Co do ubrań, dałabym sobie głowę uciąć, że gdyby nie ja, w przedporodowym amoku zupełnie by o nich zapomniał. Co więcej - uprałam je - i moje koszule oraz staniki - w tym samym proszku, w którym prałam ubranka Małego. Może i to moja fanaberia, ale przecież będą miały styczność ze skórą dziecka. 




W drugiej części walizki wygospodarowałam miejsce na rzeczy przydatne po porodzie, czyli rozpinane koszule i staniki do karmienia oraz wszelkie higieniczne sprawy typu podkłady i wkładki poporodowe, siateczkowe majtki jednorazowe (typu szorty - nie figi). Przemówił do mnie zestaw Seni, ale chyba bardziej fakt, że akurat była na niego promocja. Podobną promocję udało mi się wyhaczyć na wkładki laktacyjne Tommee Tippee, i garść tychże spakowałam do walizki. Gdyby czegoś z powyższych zabrakło, w mieszkaniu czekają przygotowane, w widocznym i znanym mężowi miejscu, i nic nie stoi na przeszkodzie, by dowiózł. Poza tym w przyszpitalnych sklepikach można wszystko dokupić i nie ma potrzeby tachania ze sobą stulitrowych walizek.


Ponieważ ręczniki, ręczniki papierowe i artykuły higieniczne zajęły sporo miejsca, moją kosmetyczkę wezmę do ręki osobno. Nie jest ani wielka, ani ciężka, bo wszelkie kosmetyki kupiłam w wersji mini: mam podróżny szampon i żel pod prysznic, małą wersję dezodorantu, pasty do zębów i podróżną, składaną szczoteczkę. Nie jestem też przesadną estetką, ale wyznaję zasadę, że w szpitalu też trzeba jakoś wyglądać. Drogie Panie, dbajmy o siebie i zabierzmy choć podstawowe kosmetyki do makijażu: mascarę, jakiś puder - coś, co sprawi, że nie będziemy wyglądały jak uciemiężone truchła, a jak pełne wigoru, świeżo upieczone zadbane mamuśki. To samo tyczy się garderoby - po porodzie na pewno odwiedzą nas (lub współlokatorkę/i) goście, zresztą i dla siebie samej warto dobrze się prezentować. Poza tym obecnie mamy tak szeroki wybór wcale niedrogich, ale stylowych koszul do karmienia, że chyba nie warto wyglądać jak obdartus. 


Dla dziecka z kolei spakowałam jedynie potrzebne w minimalnej ilości rzeczy: pieluszki jednorazowe w rozmiarze newborn w ilości 20 (na "pierwszy rzut" idą te najpopularniejsze i chyba najbardziej znanej marki, a potem okaże się, czy i na jaką markę zmieniamy). Jak w przypadku moich artykułów higienicznych, także i pieluszki w większej ilości czekają w domu na przywiezienie ich przez męża. Choć szpital zapewnia ubranka dla noworodka, spakowałam 3 własne komplety: pajacyk oraz dwa body z półśpiochami. Do tego czapeczki i skarpetki - tych akurat wymaga szpital, podobnie jak rożka i kocyka. 



Z dodatkowych rzeczy zabrałam laktator elektryczny - może się nie przyda, a może okaże się konieczny, i choć w szpitalu można wypożyczyć, chyba lepiej od razu zaprzyjaźnić się z własnym. By mężowi ułatwić sprawę, nazbierałam trochę drobnych, które mogą się przydać w automacie lub przyszpitalnym sklepiku. A że różnie może się zdarzyć, dla zbicia czasu mam krzyżówki. Nie można zapomnieć o ładowarce do telefonu, bo ten może się szybko rozładować. Zapobiegawczo mam też słuchawki i niezwykle żałuję, że nie zaopatrzyliśmy się odpowiednio prędko w aparat Instaxa. Takie spontanicznie wykonane zdjęcia są najlepsze! 

Nie pakowałam ubranek na wyjście ze szpitala - te oraz fotelik (i moje ubrania na wyjście) przywiezie mąż. Ponieważ mamy styczeń, dla malucha przygotowałam m.in. body, półśpiochy, cieplejszy kombinezonik i czapeczkę. Zaopatrzyliśmy się w otulacz Wallaboo pasujący do nosidełka. Malucha w razie potrzeby opatulimy kocykiem i tak zapakowanego, zawieziemy do domu. 


Wszystko, co mam w torbie, konsultowałam z położną, na której prywatną opiekę zdecydowałam się przy moim pierwszym porodzie. Doradziła mi też, jak przygotować się do porodu, czego oczekiwać i jak wyglada pobyt w szpitalu. Dostarczyła wiele istotnych wskazówek, które mam nadzieję będzie mi dane wykorzystać i poród wspólnymi siłami będzie do zniesienia 😊. Planuję też jak najmniej rzeczy wziąć ze sobą do domu, by jak najmniej szpitalnych zarazków wnosić do naszego małego gniazdka. 

Nie zapomnijcie wydrukować listy i dopisać do niej w razie potrzeby swoich uwag. Życzcie mi powodzenia!


8 komentarzy:

  1. Ja miałam cc i własne jedzenie okazało się zbawienne! Wstałam po kilku godzinach głodna jak wilk a przyniesiono mi 2 małe sucharki :D Dobrze, że miałam w torbie pełno zdrowych batoników, herbatników i wafli, bo umarłabym z głodu. Nie zapomnij też o wodzie. Weź ze sobą duuużo wody. Ja rodziłam w lipcu ale wiem, że w szpitalach w zimie potrafi być równie gorąco na położnictwie. Wszystkiego dobrego! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 2 sucharki! O mamuniu! Co do wody, to stoi przygotowana w ilościach ogrooooomnych! ;-) Dzięki za rady! ;-)

      Usuń
  2. Ja swoja liste dostałam od położnej a i tak połowy nie wykorzystałam a jedzenie musiałam dokupywać :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Widzę, że jesteśmy na podobnym etapie�� Moja torba, tzn. walizka też jest już spakowana i tylko czeka na odpowiedni moment. Z doświadczenia wiem, że na porodówkach jest ciepło więc tym razem nie biorę szlafroka. Ale za to zabieram więcej jedzenia :) Ostatnio głodowałam, bo nie spodziewałam się, że to wszystko tak długo potrwa. Podoba mi się Twoja lista, chociaż warunki każdego szpitala są inne i u nas np. przyda się więcej ubranek dla noworodka �� Pozdrawiam ciepło i życzę sprawnego rozwiązania!

    OdpowiedzUsuń
  4. Podkładów więcej. Ja swoje 6 zużylam już w trakcie porodu (niby szpital zapewnia ale... Akurat im się skończyły - w obu porodach)
    Dodatkowo proponuję jednak power bank. W obu szpitalach ganili dziewczyny za ładowarki podłączone do kontaktów - ponoć nie służą nam tylko do awaryjnego podłączania sprzętu ratunkowego i nie powinnyśmy z nich korzystać. To też zależy jak bardzo się z tym kryjesz i na jak bardzo marudny personel trafisz ale dla spokoju ducha lepiej mieć naładowany power bank (drugi ładuje się w domu i mąż podczas wizyty wymienia).
    Trzecie zderzenie z porodowka mam w maju ;) też inny szpital i jestem ciekawa jak tam będzie tym razem.

    OdpowiedzUsuń