sobota, 22 kwietnia 2017

# 6 Kochany PRL, czyli metamorfoza stołu

… a w zasadzie jej efekt finalny.


Ach, głupia ja! Zawsze tak się niecierpliwie przy odnawianiu mebli, że zupełnie nie myślę o dokumentowaniu poszczególnych etapów. Chcę od razu mieć gotowy mebel i do tego stopnia jestem „w gorącej wodzie kąpana”, że nieraz użytkujemy meble nieskończone i nieskręcone, byleby tylko już je mieć u siebie. Musicie mi więc wierzyć na słowo: stół, który widzicie, pochodzi z najprawdziwszej epoki tak ukochanego przeze mnie PRL-u. Jest rozchybotany, rozklekotany i wygląda na kulawego lub pijanego, ale jest nasz. A jak powstał z martwych? Przeczytajcie. Będzie płacz i zgrzytanie zębów.

A zatem, nabywszy ów rozkładany zdekompletowany mebel (nie było „przedłużki” służącej do rozkładania stołu), od razu rozdysponowałam obowiązki: mąż - do stolarza - marsz. Stół ma się rozkładać, i wcale nie obchodzi mnie to, jak to będzie zrobione, a to, że ma być zrobione na wczoraj. Ja - do dzieła. Zaczęłam od szlifierki oscylacyjnej i tak szybko, jak zaczęłam - skończyłam wyczerpana, bo papier ścierny tylko ślizgał się po politurze, lekko ją matowiąc. No to wio, do sklepu po niezbędne narzędzia, czyli sprawdzony (podczas renowacji żeliwnych nóg ze starej maszyny do szycia) usuwacz starych powłok. Postawiłam na V33. I tu się zaczyna płacz, bo preparat wcale się nie sprawdził tak, jak ostatnio… Wyobraźcie sobie, że nakładam coraz więcej warstw, a te następnie stają się coraz grubsze, i… nic! Płacz osiąga swe apogeum i przeradza się w zgrzytanie zębów, kiedy tracę coraz więcej pieniędzy (pierwotny budżet był niższy), a jeszcze więcej nerwów. Za to efekt finalny wynagradza mi wyrwane z głowy włosy:


No dobra, to jak osiągnęłam taki efekt? Słowo-klucz: CIERPLIWOŚĆ. Moja wrodzona nadpobudliwość musiała usunąć się w cień, by ustąpić miejsca pokorze, szaleńczy zapał i towarzysząca mu wiązanka zaklinań i przekleństw za sprawą głębokich ćwiczeń oddechowych zamienił się w samoopanowanie i nastał długi okres żmudnej skrobaniny. Politura, warstwa po warstwie zaczęła odchodzić. Zwijała się z bólu traktowana żrącym preparatem. Rolowała się, przypominając wyglądem i konsystencją żywicę. Gdy wspólnie wydawaliśmy z siebie (ja i politura) ostatnie tchnienia, wreszcie ukazało się drewno. Niedoskonałe, bo nieraz zbytnio okaleczone przez moją nieostrożność.


Teraz wystarczyło tylko machnąć blat białą farbą, a nogi bezbarwnym matowym impregnatem. Spytacie pewnie, jaką farbę wybrałam? Korzystałam już wcześniej z farb kredowych od Annie Sloan (przy okazji malowania skrzyni), ale tym razem postawiłam na olejną Jedynkę. Oczekiwałam efektu matu i trwałej powierzchni, i wiecie co? Nie zawiodłam się. Polecam z czystym sumieniem. Blat jest super łatwy w czyszczeniu, farba zostaje na swoim miejscu i póki co nie zamierza chyba odchodzić ;-)

Moja rada dla siebie samej na przyszłość? Kobieto, puchu marny, użyj opalarki! A wy oceńcie efekt końcowy😊



4 komentarze:

  1. Rewelacja. W ogóle teraz jest moda na odnawianie starych mebli. A stolik jest po prostu cudny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tak, chociaż w dobie dzisiejszych dziwacznych trendów, taka moda jest nieraz lepsza od jakiejkolwiek innej ;-) Stare meble mają duszę, a jeśli się je przerobi samemu, to dodatkowo niosą wyjątkową energię ;-)

      Usuń
  2. Piękny stół. Pomimo swej toporności zawsze gdy patrzę na meble z PRLu czuję nostalgię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My podobnie. I choć jesteśmy nieco młodsi i nie zaznaliśmy "przyjemności" tych czasów, to odnawiając stare meble, staramy się je ocalić od zapomnienia ;-)

      Usuń