niedziela, 30 września 2018

#36 III trymestr ciąży, czyli finał wagi ciężkiej


W ostatnim ciążowym wpisie wspominałam o sielance II trymestru. W porównaniu z tym ostatnim, naprawdę był sielanką. Mam oczywiście na myśli już samą końcówkę ciąży, kiedy zmęczona już ciężarna modli się o rychłe zrzucenie balastu, ale jednocześnie trzęsie się jak osika na samą myśl o porodzie.
Początek trzeciego trymestru niczym nie różnił się od końcówki drugiego - ot, dzidziuś sobie wierzga, odpowiada nawet na moje pukanie w brzuch, mając za to w czterech literach zaczepki przyszłego taty (ja do męża: „patrz, zobacz, jak się rusza! Przyłóż rękę!” - I co? Nic. Null. Zero ruchów przez najbliższe 10 minut, po których następuje kolejna salwa kopniaków. Tylko mąż już dawno chrapie). 

Tajemnicza rosnąca nagle gula na brzuchu sobie rośnie i znika. No właśnie. Owa gula okazała się twardniejącą macicą, która to zaczęła ponoć wymagać pomocy w formie kroplówek z magnezem. Tak oto trzy razy wylądowałam w szpitalu na „podładowaniu” akumulatorów. Moje żyły nie wytrzymały tej interwencji i zaczęły uciekać przed rękami pielęgniarek. No mówię Wam, dosłownie uciekały: generalnie nie patrzę na wkłuwającą się igłę czy wenflon, ale gdy moment wbijania jej w żyłę wydawał mi się podejrzanie długi, coś mnie pokusiło o szybkie spojrzenie w zgięcie łokcia, gdzie całkiem poważnie wyglądająca pielęgniarka próbowała złapać wijącą się jak glizda żyłę. Czegoś takiego na oczy nie widziałam. I wolę więcej nie widzieć. 

Na patologii ciąży na szczęście cały czas coś się dzieje. Lub na nieszczęście. Oto bowiem leży sobie Bogu ducha winna pacjentka (ja), która nie chce jeszcze urodzić, na jednej sali z pacjentkami, które już dawno miały urodzić, i czego się naogląda i nasłucha, to jej. A to jednej balonik zakładają, który to zresztą pęka po 20 minutach, nie przynosząc pożądanego efektu. Inna dzień i noc skacze na piłce i łazi w tę i we w tę po schodach z zamiarem urodzenia jeszcze tej samej nocy. Sąsiadce na łóżku odchodzą wody dokładnie w momencie, kiedy w nocy, już po badaniu tętna, po obchodzie, po kąpieli wszystkich współlokatorek, po zgaszeniu przez wszystkie świateł, po mierzeniu temperatury, ale jeszcze przed kolejnym mierzeniem tętna, głośnym podłączaniem do KTG, wparowaniem salowej o - pożal się Boże - 5 nad ranem (i oświeceniem wszystkich świateł oraz szuraniem wszystkim, co jej mop akurat napotka na drodze), i przed rozdawaniem tabletek i wołaniem na pobieranie krwi czy oddawanie moczu, nie wspominając już o lewatywach pań, które zapisane są na oksytocynę... wreszcie zasypiasz… Aha! Czasem twój i tak niespokojny sen przerywa jeszcze tupot biegnących stóp pielęgniarki, która leci do wrzeszczącej pacjentki, której to właśnie zaczęły się skurcze. 

38 tc - kiedyś w tym okienku mieściła się cała ociupinka "fasolka", a teraz ledwo mieści się twarz. Pierwsze (i ostatnie) zdjęcie profilu syna w sieci.  
Więc leży sobie taka ja, która jeszcze nie chce urodzić, z taką, która chce urodzić i wypróbowała już wszystkich domowych sposobów wywoływania porodu, trafiając w efekcie na wywołanie farmakologiczne w szpitalu, i umiera ze strachu na samą myśl, co to jeszcze ją może spotkać. Ale powiem Wam szczerze, że leżenie w szpitalu przed porodem jest superprzydatne. Nasłucha się trochę o różnych smaczkach porodowych i ciążowych typu „pierwsza kupa po porodzie” (matki oczywiście, a nie dziecka), „zszywanie gabryśki tak, żeby mąż był zadowolony". Dowiadujesz się o tym, „jak wywołać poród", choć  łażenie po schodach nie pomaga, mycie okien - można się spodziewać - też nie, igraszki z ojcem dziecka - to akurat pomaga, za to "drink na szybki poród" z szampana, olejów rycynowego i z wiesiołka oraz ananasa- też nie, ani też picie herbaty z liści malin...

Ja tam nie żałuję tego leżenia, bo jestem bogatsza o tak ważną wiedzę! Poza tym poznałam tam osobiście swoją położną, która towarzyszyła mi podczas porodu i pomogła stworzyć listę rzeczy potrzebnych do szpitala. No dobra, ale ja tu śmichy chichy, a wcale mi do śmiechu nie było. Daleko mi było to skocznej łani. Oddychało się już ciężko, chodziło się jak pingwin, kołysząc się na boki, a wyturlanie się i wturlanie do łóżka przypominało wicie się potężnego walenia po piachu nie potrafiącego złapać tchu. 


Powyżej dodałam zestawienie obrazujące wydarzenia z 7 miesiąca ciąży. Jak widać, pobyt w szpitalu w 31 tc przyniósł konieczność podania zastrzyku w moje cztery litery na rozwój płuc u Maluszka. Gdyby miało dojść do porodu przedwczesnego, powinien dać sobie już radę z samodzielnym oddychaniem. 

Ten post zatytułowałam "finał wagi ciężkiej" - i waga była ciężka - ot, co! Oto bowiem z mieszczącej się jeszcze w rozmiar S (nawet w ciąży), przeistoczyłam się od razu w słonicę w rozmiarze L, pomijając rozmiary medium... "Ale to jakże słodkie kilogramy" - mówili... Okej, dobrze, że miałam dystans do siebie. Teraz, kilka miesięcy po porodzie fajnie jest się z siebie pośmiać, ale wtedy, będąc na końcówce ciąży, wcale mi do śmiechu nie było. Kto śledził Instagrama ten wie, jak walczyłam o donoszenie ciąży do stycznia. Na tydzień przed Bożym Narodzeniem znów skierowano mnie do szpitala na "szybką kroplówkę" i byłabym była tam została, gdybym nie wypisała się na własne żądanie w przeddzień Wigilii. Święta Bożego Narodzenia, choć poranne pomiary brzucha wskazały równe 100 cm w obwodzie, spędziłam... na leżąco, poruszając się tylko w linii kanapa-stół, kanapa-łazienka, kanapa-samochód, bo straszono mnie, że skoro się wypisałam, to na pewno urodzę. Nawet prezenty mi podawano, przez co paliłam się ze wstydu. Uważałam, że wcale nie jest ze mną tak źle, dałabym przecież radę, a spięcia brzucha - mimo że już kilkunastosekundowe - wcale nie bolały, powodowały jedynie dyskomfort. A dyskomfort tworzył się raczej w mojej głowie, bo zaparłam się, że choćby się waliło i paliło, moje dziecko nie może być grudniowe. Nie może ostatnie w klasie świętować osiemnastych urodzin, bo wtedy impreza nikogo już nie cieszy. Nie może być grudniowe, bo będzie ostatnie we wszystkim, a moje dziecko musi być pierwsze! No to leżałam...


Tak oto ostatni trymestr upłynął pod znakiem walki o donoszenie. Waga rosła, skurcze Braxtona-Hicksa przybierały na sile i długości trwania, codzienna aktywność ograniczała się do wyjść z psem na 10-cio minutowy spacer, a ja - z natury osoba o zespole niespokojnych nóg i niepotrafiąca usiedzieć na miejscu, czułam się jak więzień we własnym domu, ba! więzień własnej kanapy! To wtedy właśnie powstawawały różne projekty DIY, np. kaktusowo-lamowy mobil czy stojak baby gym, który wreszcie doczekał się opublikowania. 


I oto nadszedł 31 grudzień - niemal apokalipsa. Dzień, po którym mogłam już spokojnie rodzić, dzień, począwszy od którego dostałam przyzwolenie od samych lekarzy na "nieoszczędzanie się". Nawet znajomi wpadli nam potowarzyszyć w Sylwestra, a ja myślałam, że posiedzę z nimi już będąc spokojna. Rano jednak, jakby podświadomie, skurcze przybrały na sile, kierując mnie jak potulnego psa z podkulonym ogonem z powrotem na kanapę. Gdy jednak wystrzeliły fajerwerki, cała presja ze mnie zeszła. Termin porodu według USG wypadał na 16 stycznia, a lekarz prowadząca na dzień prędzej ustaliła wizytę, na której miała wykonywać masaż szyjki, bo - jak podejrzewała, moja szyjka, mimo że od 2 miesięcy rozwarta na 1,5 cm, to jednak od 4 miesięcy nieustannie  wspomagana luteiną, kroplówkami, oszczędzaniem się i leżeniem z tyłkiem u góry - teraz się nie rozewrze, bo będzie "zbyt wyluzowana". Nie zdążyła: 14 stycznia, w finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, zaczęła się akcja porodowa... 

7 komentarzy:

  1. Ja już się nie mogę doczekać porodu a tu jeszcze prawie 2 miesiące czekania. Widzę, że każda ciężarna inaczej odczuwa ciążowe dolegliwości. Mnie strasznie chce się w III trymestrze spać i szybko się męczę, ale na szczęście poza odpoczywaniem w domu nie muszę leżeć na patologii ciąży. Pozdrawiam i zapraszam do siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. takie blogi to z przyjemnością sie czyta :>

    OdpowiedzUsuń